Daniel Baran – wyprawa do Maroka (08-23.02.2018 r.) czyli jak zdobyłem swój pierwszy czterotysięcznik.

2019-03-04
Daniel Baran – wyprawa do Maroka (08-23.02.2018 r.) czyli jak zdobyłem swój pierwszy czterotysięcznik.Pomysł wyjazdu do Maroko zrodził się bardzo spontanicznie. Powodów, które przemawiały właśnie za tym, konkretnym miejscem, jest kilka. Wśród nich należy wymienić nie tylko naszą ogromną ciekawość nowego kontynentu, innej kultury i życia w tak egzotycznym kraju. To także bardzo popularny rejon wspinaczkowy, jakim jest wąwóz Todra.

Ciągnący się przez około 24 kilometry, miejscami wznoszący się nawet na 300 metrów, oferuje niezwykłe możliwości dla zarówno dla mniej jak i bardziej doświadczonych wspinaczy.

W trzy osobowym zespole postanowiliśmy wykorzystać te możliwości, i przynajmniej częściowo zaspokoić głód wspinania, który jak wiadomo rośnie w miarę jedzenia...

Kulminacyjnym punktem wyjazdu miały być ostatnie cztery dni, które planowaliśmy przeznaczyć na zdobycie najwyższego szczytu gór Atlas i tym samym całej Afryki Północnej - Jebel Toubkal – 4167 m.n.p.m. Zmierzenie się ze swoim pierwszym czterotysięcznikiem było niezwykle pociągającą wizją.

Nasza przygoda rozpoczęła się lotem z Katowic do położonego tuż nad brzegiem oceanu Agadiru. Maroko należy do jednego z tych miejsc, w którym turysta może poczuć się jak zwierzyna łowna dla lokalnej społeczności, która żyje z wyciągania od nich ostatniego dirhama. W związku z tym tuż po wyjściu z lotniska nie mieliśmy najmniejszego problemu ze znalezieniem taksówki która zawiozła nas do oddalonego o 180 kilometrów Tafraout. Kręta droga, wiodąca przez zbocza licznych wzniesień, była zwiastunem pasma gór Atlas. Wspomniany Tafraout to bardzo mała miejscowość, w której trudno znaleźć turystów o tej porze roku, tak więc przez wszystkie 3 dni pobytu stanowiliśmy tutaj główną atrakcję dla jej mieszkańców. Tym, co nas przyciągnęło do tego miasteczka "na krańcu świata" była jego okolica w szczególności utworzone z granitu skały, pozwalające wczuć się w klimat marokańskiego wspinania.

Trzeciego dnia wyruszyliśmy w drogę powrotną do Agadriu, tym razem autobusem by następnie przesiąść się w kierunku Todry. Kolejne 8 dni spędziliśmy w małej miejscowości Tinghir, zlokalizowanej u samego wejścia do wąwozu. Należy przyznać, ze sam wąwóz prezentuje się niezwykle malowniczo, a tutejszy wapień oferuje wyjątkowo dobre tarcie. W lutym temperatury sięgają około 20 stopni, co stanowi idealne warunki wspinaczkowe.

Po ponad tygodniowym "łojeniu" przyszedł czas na ostatni element wyprawy – wspinaczka na Jebel Toubkal. Naszą bazę wypadową stanowiło miasteczko Imlil, skąd wyruszyliśmy późnym rankiem. Drogę zaplanowaliśmy na dwa dni, z aklimatyzacją w schronisku na wysokości 3207 m n.p.m. Jedyną trudnością, jaka może się pojawić na drodze z Imlil do schroniska to choroba wysokościowa, co na szczęście jest rzadkością na tym pułapie. Do poziomu 2300 m n.p.m. droga jest kamienista i bardzo jasno wyznaczona. Powyżej 2300 m n.p.m. zaczyna pojawiać się śnieg, jednak po założeniu raków droga ta nadal jest dość łatwa i przyjemna. Dotarcie do schroniska zajęło nam około 6 godzin. Następnego ranka wyruszyliśmy już o wiele wcześniej, około godziny przed świtem słońca.
Ścieżka na szczyt stanowi już nieco większe wyzwanie, gdyż na krótkim dystansie mamy do pokonania przewyższenie około 1000 metrów. W związku z tym cała operacja zakończyła się po 3-4 godzinach marszu. Towarzyszyły nam przy tym niezwykłe widoki zapalających się we wschodzącym słońcu okolicznych szczytów...
Po dotarciu na szczyt ujrzeliśmy wspaniałą panoramę gór Atlas, spowitych w kłębach chmur :) Śnieżne widoki to oczywiście droga na szczyt, wiodąca ze schroniska "Refuge du Toubkal" :)

Podczas wizyty w Tafraout zrobiliśmy małą wycieczkę krajoznawczą Po 2 godzinach marszu dotarliśmy do okolicznych skałek, co widać na zdjęciach "Tafraout 2, 3, 4". Po kolejnej godzinie udało nam się dotrzeć pod "Malowane Skały" (zdjęcie Tafraout), które stanowią jedno z bardziej charakterystycznych miejsc tego regionu. Skały te pomalował Belgijski artysta Jean Veran w 1984 roku... Drugiego dnia pobytu udaliśmy się na "rozwspinanie" na łatwych, aczkolwiek bogato sypiących się drogach (zdjęcia Tafraout 5, 6).

W Todrze walczyliśmy nie tylko ze trudnościami kolejnych przechwytów, ale również strukturą samej skały, która miejscami przypominała dziesiątki ostrych igieł, próbujących powstrzymać nas przed zdobyciem upragnionego "topa"... (Zdjęcie Todra)

Na pozostąłych zdjęciach widać wejście do wąwozu, a także miasteczko Ait Tizgui.

Podczas ostatniego dnia przed odlotem, postawiliśmy na drobny chillout.

Na zdjęciu plaża w Agadirze i widok na Ocean Atlantycki :)

Generalnie wyjazd zaliczam do bardzo udanych. Było wspinanie w skałach, trekking na czterotysięcznik i na koniec plażing and relaksing na pięknej śródziemnomorskiej plaży.
Wszystko okraszone marokańskimi klimatami i smacznym jedzeniem nie licząc lyofów rzecz jasna.






















Pokaż więcej wpisów z Marzec 2019
Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką dotyczącą cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij
pixelpixel