Kasia Szatkowska - Wyprawa do Indii – Himalaje Ladaku – wejście na Stok Kangri 6.153 m.n.p.m.

2019-03-25
Wspólny wyjazd do Indii we wrześniu 2018 roku planowaliśmy od dawna. Była to nasza pierwsza, poważna daleka podróż i z pewnego względu wyjątkowa dla nas samych :) . Wiele przeczytanych relacji z wyjazdów innych podróżników, obejrzanych filmów, przejrzanych książek dały nam poczucie bezpieczeństwa i pewności, że jesteśmy naprawdę dobrze przygotowani… nic bardziej mylnego! Już na miejscu kultura i temperament Hindusów szybko zweryfikowały nasze wyobrażenie o kulturze tego kraju. Można by rzec, iż obraz Indii, z którym lecieliśmy podekscytowani do stolicy tego Państwa, nie był fałszywy. Rzeczywistość jednak, którą zastaliśmy na miejscu, była zdecydowanie bardziej intensywna i nachalna, wręcz narzucająca się zewsząd, nie dając chwili wytchnienia. Dzień przylotu do Indii był bardzo różnorodny, zarówno pod względem zwiedzanych miejsc, poznanych ludzi, jak i naszych emocji, które nie raz wahały się od zachwytu po irytację. Po pierwszym bardzo aktywnym dniu w Delhi powoli zaczynaliśmy się odnajdywać i rozumieć zwyczaje panujące wśród tubylców, aczkolwiek z niecierpliwością wyczekiwaliśmy wylotu już następnego ranka do położonego w górskiej Krainie Ladakh miasta Leh (3500 m.n.p.m.)

Przygotowanie do pobytu w górach poszło nam lepiej. Mimo iż teren oraz szczyt, który obraliśmy sobie za cel, nie jest technicznie bardzo trudny, a my posiadaliśmy już pewne doświadczenie w górach, to podeszliśmy do tematu poważnie. Począwszy od czytania relacji, przygotowanie kondycyjne, kompletowanie ostatniego brakującego sprzętu na dopracowaniu apteczki kończąc. Przygotowaliśmy się na wszystko… no może nie zupełnie na wszystko, lecz faktem jest, że na szlaku nic nas nie zaskoczyło. Nie zabrakło nam jedzenia, lekarstw, sprzętu, a co również bardzo ważne, nie zabraliśmy przy tym nic zbędnego, co jest już wyzwaniem przy dłuższych wyjazdach. Ja, jako osoba nosząca mniej w naszym dwu osobowym zespole, miałam na plecach ok 22 kg! Kilogramy na szczęście znikały wraz z każdym zjedzonym posiłkiem. Całą moją część ekwipunku zapakowałam w 80 litrowy (60L-80L) plecak Lowe Alpine – Cerro Torre. Na moje szczęście świetnie zdał egzamin i całkiem dobrze zniosłam przenoszenie go na dość długich odcinkach terenu. Nie uniknęliśmy jednak dziwnych spojrzeń i zdumienia wielu turystów na widok naszych wypchanych po brzegi plecaków. W realiach wszędobylskich koników transportujących bagaże uczestników zorganizowanych wejść na Stok Kangri 6.153 m.n.p.m., widok objuczonego turysty niosącego wszystko na swoich plecach to jednak rzadkość. Aczkolwiek satysfakcja z bycia samowystarczalnym jest bezcenna! Być może to również kwestia obniżonej częstotliwości ruchu turystycznego w terminie, w którym odwiedziliśmy to miejsce. Wrzesień to końcówka sezonu.

Zabraliśmy podstawowy sprzęt niezbędny do poruszania się i nocowania w górach wysokich. W plecakach znalazły się oczywiście raki, czekany, odzież, okulary lodowcowe, czołówki, namiot, kuchenka oraz co najważniejsze ciepłe śpiwory puchowe. Zaopatrzyliśmy się również w panel słoneczny oraz power bank, co zapewniło nam naprawdę dużą swobodę i spokój o dostęp do energii elektrycznej. Kolejną kwestią, o której należy pomyśleć poważniej, gdy wybieramy się w teren o znacznej wysokości, to odpowiednio wyposażona apteczka i zestaw leków, który należy kompletować w konsultacji z lekarzem. W przypadku wyjazdu do Azji, uzupełniając jej zawartość, należy pamiętać, że musimy być przygotowani w 3, a nawet 4 płaszczyznach. Trzeba pamiętać, że wybieramy się do odmiennego pod względem środowiska i higieny kraju, że będziemy chodzić po górach i to o znacznej wysokości, a pogoda może dać się nam we znaki niską temperaturą i opadami. W kwestii dużych wysokości bezwzględnych nic nie zastąpi odpowiedniego przyzwyczajenia naszego organizmu do nowych warunków, lecz o aklimatyzacji napisano już wiele, więc mamy nadzieję, że jest to wiedza powszechnie już znana. Żadne suplementy i odżywki nie zastąpią również odpowiedniego odżywiania się, co czasami może być problematyczne w terenach gdzie brak, potocznie mówiąc cywilizacji i musimy od razu mieć cały zapas wyżywienia ze sobą. U niektórych brakuje apetytu z powodu zmęczenia i wysokości. Aby temu zapobiec, wcześniej warto zadbać o różnorodność i jakość posiłków, uwzględnić wyższe zapotrzebowanie energetyczne organizmu podczas naszej wyprawy. My bazowaliśmy na daniach marki Lyofood. Liofilizowane owoce dodawane do porannej owsianki czy bigos na kolację okazały się absolutnym hitem!

Szlak na Stok Kangri (6.153 m.n.p.m ) rozpoczyna się w miejscowości Stok. Stąd ścieżka wiedzie zboczami doliny rzeki przez niezbyt wymagający teren. W trakcie marszu spotkaliśmy grupkę potulnych jaków, zajmujących się objadaniem nielicznych zazielenionych drzewek. Raczej nie przejęły się naszą obecnością. Pierwsze miejsce noclegowe (Lamlung) to mały płaski kawałek terenu. Na chwilę przed zmrokiem rozbiliśmy namiot, uiściliśmy opłatę za nocleg i zabraliśmy się za przyrządzenie kolacji. Noc była dość niespokojna. Ujadanie psów, a w nielicznych pozostałych namiotach do późnych godzin słychać było głośne rozmowy. Zrobiło się wietrznie i padał dość intensywny deszcz. Na ogół w Himalajach Ladaku pogoda we wrześniu jest dość kapryśna. Należy przygotować się na sporą ilość deszczu na przemian z grzejącym słońcem oraz wietrzne noce.

Po dniu spędzonym na podziwianiu, wyrastających pionowo z powierzchni terenu skał i kryształów kwarcu w żyłach typu alpejskiego, ruszyliśmy dalej w kierunku następnego obozu (Mankarmo). Tym razem zastaliśmy tam duży żółty namiot miejscowych opiekunów obozu, gdzie można było napić się kawy, herbaty czy zamówić posiłek. O higienie i warunkach tego miejsca nie będę się rozpisywała, sugestią niech będzie to, iż skusiliśmy się tylko na kawę…pitą z zamkniętymi oczami. Postanowiliśmy iść dalej i wędrując coraz wyżej, mijaliśmy rzędy schodzących bądź pnących się pod górę koników objuczonych bagażami. Ich opiekunowie, mijając nas z większym lub mniejszym entuzjazmem, pokrzykiwali, witając nas swoim charakterystycznym „Dżiulej”. Nasz drugi obóz założyliśmy na uboczu z dala od ścieżki, gdzie chcieliśmy wypocząć w samotności. Prawie się udało. Rano przywitał nas lokalny przewodnik i oczywiści zainkasował opłatę za nocleg.

Dotarliśmy do obozu głównego. Przywitał nas widok kilkudziesięciu kolorowych namiotów, miejscowych przewodników grających w coś na kształt palanta oraz ośnieżonych szczytów okalających obóz. W szczycie sezonu miejsce to na pewno tętni życiem. W obozie, zanim gdziekolwiek się wybraliśmy, daliśmy sobie dzień na odpoczynek i przyzwyczajenie organizmu do wysokości 5000 m n.p.m. Tymczasem nie mogliśmy wyjść z podziwu na widok nader oswojonych świstaków zamieszkujących małe wzgórze ok. 20m od namiotów. W przeciwieństwie do naszych tatrzańskich nieśmiałych futrzaków te, na widok człowieka, nie wskakiwały w pośpiechu do norki, lecz dumnie zastygały w bez ruchu, stojąc na tylnych łapkach, obserwując sytuację. Drugi dzień to czas na aklimatyzację i rozpoznanie terenu. Przeszliśmy kawałek trasy do czoła lodowca. Nie jest on duży. W okresie naszego pobytu, na trasie przejścia, występowała w nim jedna, niewielkich rozmiarów, szczelina. Tego wieczoru kładliśmy się spać z nadzieją, że następnego dnia przywita nas piękne słońce na bezchmurnym niebie.

Z obozu wyruszyliśmy o 3 w nocy. Do momentu wyjścia pierwszych promieni słońca szlak był skuty lodem. Jak planowaliśmy, o świcie dotarliśmy do lodowca. Ośnieżone szczyty zalała fala promieni słońca, na niebie nie widać było prawie żadnej chmury, słowem idealna pogoda. Równowagę i spokój tego miejsca przerywał tylko, od czasu do czasu, huk silników samolotów startujących z Lech, wyłaniających się nagle zza stoków. Szybko przeszliśmy lodowiec, powoli przebiliśmy się przez dość strome zbocze do grani. Przechodząc nie najłatwiejszą, przy obecności śniegu i lodu, grań, mijaliśmy dużą grupę bardzo nieporadnych angielskich turystów pod opieką, wcale nie bardziej rozgarniętych, miejscowych przewodników. Najważniejszy był fakt, że wierzchołek Stok Kangri 6.153 m.n.p.m czekał na nas tuż „za rogiem”. Po pierwszej radości ze zdobycia naszego małego celu i uwiecznienia tego faktu na zdjęciach ruszyliśmy w dół, by dotrzeć do namiotu przed zmrokiem.

Po dniu odpoczynku wyruszyliśmy w drogę powrotną już z dużo lżejszymi plecakami, lecz z głowami pełnymi wrażeń.
Przez kolejne dwa tygodnie zwiedzaliśmy Radżastan. Dawną kolorową krainę maharadżów, region bardzo osławiony. Tam mieliśmy okazję zetknąć się ze wszystkim, o czym można usłyszeć czy przeczytać o Indiach ¬- piękne, monumentalne zabytki sąsiadujące ze skrajną biedą, wszędobylski aromat miejscowej charakterystycznej kuchni mieszający się z mniej apetycznymi zapachami, różnorodność sposobów na nabicie białego turysty w butelkę.

Indie są szokiem. Szokiem dla Europejczyka wybierającego się pierwszy raz do Azji. Indie również bardzo dobrze hartują do wszelakich podróży. Jadąc tam, na pewno trzeba mieć szeroko otwarty umysł, by nie zrazić się i tolerować usposobienie Hindusów. Jakiekolwiek przywieziemy wrażenia z tej części świata, warto. Warto zobaczyć tak odmienną kulturę i życie ludzi, którzy mają często zupełnie inną hierarchię wartości i codzienne problemy aniżeli my.
1 etap - miasto Leh











2 etap - Szlak ze Stoku do 1 obozu Lamlung



















3 etap - szlak do 2 obozu Mankarmo










etap 4 - Base Camp - wyjście na Stok Kangri 6.153 m.n.p.m























Pokaż więcej wpisów z Marzec 2019
Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką dotyczącą cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij
pixelpixel