Mont Blanc - Z czym to się je?

2019-02-04
Mont Blanc - Z czym to się je?Mont Blanc - Z czym to się je?

PRZEDMOWA

Mógłbym tu oczywiście napisać jak przygotować się fizycznie do próby wejścia na Dach Europy, ale zdaje mi się, że w Internecie bez problemu znajdziemy na pęczki artykuły o tej tematyce. Nie jest chyba dla nikogo żadnym odkryciem, że góra o takiej wysokości wymaga kondycji lekko przekraczającej poziom przeciętnego kanapowca. Moim skromnym zdaniem nie wymaga też przesadnego piłowania się przed wyjazdem, pokonywania maratonów i wchodzenia co tydzień po schodach z
10-kilogramowym plecakiem przez godzinę. „Nie wymaga” nie oznacza, że nie jest to mile widziane – wręcz przeciwnie! Każda kropla potu wylana podczas przygotowań da nam dodatkowy ułamek procenta więcej mocy tam na górze, a podczas załamań pogodowych potrafi być to na wagę złota. Ponadto przygotowania i jakikolwiek trening siłowy/wytrzymałościowy (byle z głową) da nam coś więcej niż tylko tężyznę fizyczną niezbędną do pokonywania przewyższeń. Da nam spokój ducha, a to waluta, której w górach na nic nie wymienimy. Opanowanie i swobodna pewność to coś, czego nie da się wyćwiczyć samym przerzucaniem ciężarów, po prostu trzeba pracować nad tym wewnątrz siebie na długo przed wyjazdem. Naprawdę warto.
A sprzęt? Wiele razy słyszałem, że w górach nie liczy się sprzęt, tylko ludzie i ja oczywiście podpisuję się pod tym całym sercem. To właśnie z ludźmi zdobywamy każdy szczyt, a ekwipunek jedynie nam służy. Ważniejsza niż cel jest droga, a ją właśnie pokonujemy z innymi ludźmi. Ramię w ramię, uprząż z uprzężą. Gdyby sprzęt był nieważny TOPRowcy nie używaliby najnowszych maszyn i najnowocześniejszego szpeju do akcji górskich, nie byliby ubrani w najlepsze ciuchy, a aparaty GPS nie byłyby wciąż modernizowane do tego stopnia, że ich dokładność lokalizacji spada poniżej metra. Tylko teraz, gdy technologia, materiały i produkcja poszły mocno do przodu, wyposażenie wysokogórskie dostępne jest od ręki dla każdego, a himalaizm i alpinizm stały się modne, trzeba sobie zadać pytanie – czy warto rezygnować z pomocnych technologii? Wręcz należy z nich korzystać i gdzieś to wszystko wypośrodkować na miarę swoich potrzeb i budżetu. Sprzęt da nam komfort i bezpieczeństwo – o ile pierwsze dla wytrawnych wspinaczy jest opcjonalne, o tyle drugie jest bezcenne.

ALEA IACTA EST

Z górami związany jestem w ogólnym rozrachunku raczej niedługo – ot kilka lat, z outdoorem – od kiedy jako dzieciak nałożyłem swój pierwszy plecak. Właściwie to nie pamiętam od kiedy, chyba po prostu od zawsze ceniłem bardziej urok Matki Natury niż głos miasta, dlatego tak chętnie pakuję się i wychodzę, jeżeli tylko mam taką możliwość. Żeby odetchnąć i naładować baterie. Choć na chwilę pobyć tam, gdzie na co dzień mnie nie ma. Wciąż na nowo eksplorować. Nieprzerwanie.
Jeśli dobrnęliście z czytaniem tego tekstu aż tutaj, to też doskonale znacie to uczucie.
Dlatego, kiedy mój kolega pół roku przed samym wyjazdem rzucił mi luźno propozycję „jedziesz na Blanca?” zastanawiałem się tylko tyle, ile potrzeba na wzięcie oddechu i odpowiedzeniu „tak”. Nie czułem się wtedy ani przygotowany, ani gotowy, ani nawet pewny swojej decyzji biorąc pod uwagę moje skromne doświadczenie w górach. Nie miałem nawet własnych raków, ani żadnego specjalistycznego szpeju. Chwilę później kupiliśmy bilety i zaklepaliśmy termin. Zaczął się okres skupienia na zadaniu, które sobie postawiłem oraz kompletowania ekwipunku. Braki w moim doświadczeniu górskim nadrabiałem rozmawiając z wieloma ludźmi, dla których góry był chlebem powszednim. I jakoś czas nieubłaganie dotarł do daty wyjazdu, a ja wcale nie czułem się gotowy, co więcej – wyruszyłem z kontuzją, a plecak ważył ponad 25kg. Czyli idealnie.

KOMU W DROGĘ – TEMU KOPA, CZYLI WITAMY W ALPACH

Aby dostać się pod górę musieliśmy polecieć do Genewy z Krakowa. Dojechaliśmy we dwóch wieczorem do dawnej stolicy Polski, tam przenocowała nas wspaniała, nieznana nam wcześniej para, która wiele świata zwiedziła autostopem, więc tematów do rozmów nie brakowało przez cały wieczór i kawałek nocy. Z tego miejsca chciałbym podziękować Im za gościnę z nadzieją, że kiedyś będę mógł się odwdzięczyć. Rano lotnisko w Krakowie, gdzie na bramkach poznałem pozostałe 5 osób z naszej ekipy. Już sam fakt, że był to mój pierwszy w życiu lot samolotem zaklasyfikował tą wycieczkę jako udaną.
W Genewie pobyliśmy tyle żeby znaleźć autokar pod górę i kiedy po walce na lotnisku udało nam się usiąść wygodnie w busie kierującym się do Chamonix, wszyscy odetchnęliśmy z ulgą. Wszystko to trwało to niestety dość długo, a kiedy już dotarliśmy do Chamonix i zaopatrzyliśmy się w gaz do kuchenek było na tyle późno, że wszystkie kolejki i wyciągi były dawno wyłączone. Nie pozostało nam nic innego jak zacząć zdobywać górę od samego dołu tylko za pomocą własnych mięśni, tak jak planowaliśmy to od samego początku. Witając się z obecną florą powoli podróżowaliśmy wzwyż podziwiając widoki, aż do zmierzchu słońca.
Po drodze mięliśmy przyjemność spotkać polskiego wędrowca robiącego szlak dookoła Mont Blanc wraz ze swoim psem. Jak widać nie zawsze i nie dla każdego szczyt jest najważniejszy, niezależnie od jego wysokości. W górach na pierwszym miejscu powinna być jedność z naturą oraz spędzenie czasu w doborowym towarzystwie. Pomysł zobaczenia najwyższego szczytu Alp z każdej możliwej strony wraz z najlepszym przyjacielem wydaje mi się dużo bardziej oryginalny niż samo ślepe pchanie się do góry.


Pierwszy obóz mięliśmy grubo poniżej 2000m. Tu widok o poranku:



Z początkiem dnia wyruszyliśmy dalej na szlak ciesząc się swoim towarzystwem oraz chłonąc klimat Alp. Tutaj więcej warte będą zdjęcia niż jakiekolwiek moje słowa.
W pewnym momencie postanowiliśmy zrobić postój przy torach. Zaraz po tym jak zrzuciliśmy plecaki przyjechał z dołu zielony „Tramway du Mont Blanc, Le Fayet 584m-2372m Le Nid D’aigle” z którego wytoczył się tuzin „turystów” z plecakami i nie mnie oceniać ich sposób podróżowania, ale sądzę że w tym miejscu cudzysłów jest jak najbardziej na miejscu.
Idąc bardzo rozciągniętą kolumną i dochodząc do punktu informacyjnego przy schronisku Tetrus złapałem dobre flow i miałem przyjemność iść pierwszy wyprzedzając wszystkich po drodze. Kiedy tylko doszedłem do punktu informacyjnego pewien jegomość zatrzymał na mnie wzrok obcinając od góry do dołu, uśmiechnął się szeroko po czym zapytał lekko przejęty:
- Are you alone?
- No, my team is close behind me
- What are you from?
I gdy otworzyłem tylko usta by wziąć oddech i odpowiedzieć, dodał:
- From Poland?
Pozostało mi się tylko uśmiechnąć szczerze i zapytać – why did you thinking that?
Ten uśmiechnął się jeszcze szerzej, chociaż myślałem, że to już bardziej niemożliwe i odparł:
- I look at you.
Jak widać polskość mamy wypisaną na twarzy.
Kiedy już wszyscy przybyli, rozbiliśmy obozowisko na polu namiotowym przy Tetrusie, po czym przygotowaliśmy się do wyjścia aklimatyzacyjnego. Wyszliśmy wczesnym rankiem dnia następnego drogą do schroniska Gouter, chwilę tam posiedzieliśmy po czym ruszyliśmy dalej, ku chatce Vallot, kończąc przy zejściu pod samym blaszakiem. Tamtejszy postój uprzyjemniliśmy sobie herbatą oraz rozmową, po czym przyszedł czas na powrót.

Tu zaczęły się schody. Do góry może i przyjemnie, ale zejście między Gouter, a Tetrusem opisałbym tylko i wyłącznie w słowach, których cnotliwość nie pozwala mi tutaj przytoczyć.
***
W planach mięliśmy aby wrócić, odpocząć i około 02:00 wyjść, aby mieć jak najwięcej czasu na powrót, przywitać szczyt możliwie wcześnie i dać sobie margines błędu na wypadek załamania pogody. Między północą, a pierwszą zaczął padać deszcz ze śniegiem i trwał w najlepsze do 09:00.
Przed 11:00 trójka z naszej ekipy uznała za stosowne spróbować zaatakować szczyt. Zebraliśmy się i po raz trzeci ruszyliśmy przez Kuluar Śmierci, po czym dalej w kierunku wierzchołka. Im bardziej zdobywaliśmy wysokość, tym więcej chmur zaczynało krążyć niebezpiecznie blisko nas. W drodze do Vallota, tuż po tym jak pokonaliśmy szeroką na dziesięć metrów szczelinę, usiedliśmy by uraczyć się herbatą i złapać oddech.
Akurat w tym miejscu nasze drogi zeszły się z przewodnikiem prowadzącym dziewczynę z góry. Ku naszemu lekkiemu zdziwieniu zatrzymał się przy nas, by przez chwilę uraczyć nas miłą konwersacją. Uśmiechnięta, ociosana przez wiatry i mrozy twarz tego człowieka wzbudzała niczym nie wymuszony szacunek. Zawsze ciężko było mi na podstawie rysów twarzy rozpoznać narodowość danej osoby, ale gdybym miał strzelać to powiedziałbym, że był on Nepalczykiem. Gdy dowiedział się, że idziemy spod Tetrusa z aprobatą pokiwał głową i poradził nam uważać i patrzeć na chmury, w szczególności na jedną burzową, której tor lotu niebezpiecznie kolidował z naszym kierunkiem marszu. Bez zbędnego przedłużania wymieniliśmy pozdrowienia i rozeszliśmy się każdy w swoim kierunku.
Niedługo później byliśmy w samym środku wyżej wspomnianej chmury. Ostry niczym brzytwa wiatr, śnieg, grad i brak widoczności stały się w tym momencie całym naszym światem. Kierowaliśmy się na azymut oraz za pomocą śladów na śniegu, które udało nam się dojrzeć. Gdy już wyszliśmy z objęć naszego pochmurnego przyjaciela i dostaliśmy szansę na ponowną ocenę sytuacji i warunków, zorientowaliśmy się, że chmury są dosłownie wszędzie dookoła nas, a wiatr jedynie przybiera na sile. Droga na szczyt owiana była szarym mlekiem, a w uszach słyszalne były jedynie gwizdy i huczenia. O komunikacji werbalnej mogliśmy zapomnieć, gdyż wiatr zabierał ze sobą wszystkie, nawet najgłośniej wykrzyczane słowa.
Jednym słowem: pogoda się popsuła i nic nie zapowiadało w najbliższej przyszłości żadnej poprawy, mocno wiało i zaczynało zmierzchać. Schroniliśmy się więc w baraku z myślą przeczekania tam, aż pogoda się choć trochę nie uspokoi. W międzyczasie nawiązaliśmy znajomość z grupą Polaków, którzy wraz z przewodnikiem przyszli ponad godzinę po nas. Mięliśmy sporo czasu na poznanie się wzajemnie, a więc wieczór spędziliśmy na przygotowywaniu wody na atak szczytowy oraz na wymianę naszych doświadczeń, czyli w skrócie opowiadaliśmy wszyscy o naszych podróżach i przygodach jakie w życiu mięliśmy przyjemność odbyć.
Co jakiś czas wyglądaliśmy z Vallota by ocenić pogodę, ale ona trwała w najlepsze i nie wykazywała chęci na jakąkolwiek zmianę.
Gdy wiatr zmalał, a chmury się rozstąpiły – czyli bladym świtem, kilka godzin po naszym przyjściu, ruszyliśmy na szczyt wykorzystując piękne okno pogodowe. Niebo było czyste, wiatr może i nie najmilszy oraz z każdym metrem w górę bardziej odczuwalny, ale niemogący konkurować z tym, który przywitał nas w chmurze burzowej przed Vallotem.
Lubię myśleć, że tak oto zostaliśmy nagrodzeni za wytrwałość i determinację, jaką się wykazaliśmy.

I tu jest ten moment w życiu, kiedy wiem, że ani zdjęcia ani słowa nie oddadzą tego, co widziały oczy.
Alpy są przepiękne. A szczyt Blanca wygląda jak pas startowy.

NAJWAŻNIEJSZY NIE JEST CEL, LECZ DROGA

Zaczął się ten mniej ciekawy etap wędrówki – czyli droga w dół. Wracając zatrzymaliśmy się ponownie na moment w Vallocie, aby uraczyć się herbatą i zostawić gaz (oraz krótkofalówkę, ale to już inna historia…) dla tych, którzy właśnie tu mogą go najbardziej potrzebować i skierowaliśmy się w dół, po drodze zwijając obóz i nocując w „Las Houches Refuge Des Rognes”.
Świtem kontynuowaliśmy zejście mając tylko jeden cel: odwiedzić wszystkie możliwe bary po drodze i wypić tam lokalne piwo za zdobycie szczytu. Jak postanowiliśmy, tak też uczyniliśmy. Tutaj też wypiłem najlepsze w swoim życiu piwo IPA. Brasserie du Mont Blanc la Verte au Genepi. Polecam.
Pod górą rozbiliśmy się na polu kempingowym bawiąc się z nowopoznanym Niemcem do późna.
A potem to już tylko pakowanie, powrót do Genewy, gdzie zostawiliśmy bagaże w depozycie na lotnisku i wylecieliśmy na miasto, mając cały dzień na jego zwiedzanie. Powrót i oczekiwanie na poranny lot. Oczywiście to tylko powierzchowne streszczenie, a każde wyjście w góry jest całkowicie oddzielną historią, każda podróż różni się od siebie, tak jak różni się każdy dzień. Nie mniej Blanc jest jak najbardziej w zasięgu dla laików, co nie oznacza, że należy do niego podchodzić nierozważnie czy od niego zaczynać swoją karierę górską. Wręcz na odwrót – jak każda góra i ta wymaga wiele skupienia.































































Najważniejsze jest to, że wróciliśmy wszyscy cali i zdrowi oraz jako przyjaciele.
Reszta to tylko dodatki do i tak cudownego wyjazdu.
Aby dobry świat docenić. Patrzeć dużo dalej, niż za horyzonty naszych źrenic.
Do zobaczenia na szlaku.

Łukasz

Pokaż więcej wpisów z Luty 2019
Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką dotyczącą cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij
pixelpixel